niedziela, 31 sierpnia 2014

36. niedziela po południu


Międzywpisy porobię. Tak sobie wymyśliłam. Że coś tam i pół. I już. Bo sama się na minę władowałam tymi numerkami. A zdjęcia chcę mieć chronologicznie, a nie, że poród po hopsaniu, bo bessęsu.

Ale kiedy to nie wiem, w międzyczasie którymś może. W końcu trochę się już udaje odkleić i zająć czymś poza. Jezu tam, udaje. Nie chce mi się i już. Nicnierobienie, jak w ciąży, mi się marzy. Takie totalne NIC. Leżenie, bezmyślne gapienie, czytanie. Ale jak mam chwilę, to się spinam, że. Że nie zdążę, przegapię. Że mrugnę okiem dla siebie, a ona hops! i pójdzie do szkoły. Bo już teraz - gdzie te pięć miesięcy, no gdzie? Kiedy?



Dobra, moment, bo się budzi. Idę popatrzeć, bo tak słodko się budzi! Matko, chora matka!...
.
.
.

A no właśnie! Bo teraz jak się budzi, to nie jojczy, tylko w ciszy przewala się na brzuch i po chwili hopsa już  na czterech podrzucając dupkę.

No ale teraz już jęczy, bo piszę, zamiast z nią gadać. Ratunek w kole, chwila.
.
.
.


Żyrafie można obeżreć mordę, żabie łapy wyciumkać.
Ale niekoniecznie w ciszy. Trzeba śpiewać i się żalić.
A ja nie-w-ciszy nie umiem.


Zatem może być ciężko w bliskiej i dalszej przyszłości, prawdaż. No trudno. Idę ją porwać do tańca!

Jeszcze zatęsknię, jak mi drzwiami łupnie wychodząc sama na dyskę.

sobota, 30 sierpnia 2014

35. o końcu wakacji i pierwszej podróży pięciomiesięczniaka


Jest słowo pięciomiesięczniaczka? Nie ma? Skandal!...


W jedną stronę wymarzona współpasażerka, w drugą dwugodzinna jęczybuła i zwiedzaczka parkingu przy płatnej autostradzie. Uliczni... Autostradacznica jedna. Śpiewy, tańce, hopsanki - najlepiej na przednim siedzeniu u taty, o 2:34. No bo kto powiedział, że z powrotem ma być tak samo kolorowo jak w drodze na wczasowanie? Jeszcze byśmy się przyzwyczaili, że dziecko można na śpiocha zapiąć w fotelik o 21:30, dotankować wisząc nad nim z gołym cyckiem o 23 i pozatykać smokiem w wypadku kwilenia, jednym okiem łypiąc w półśnie, zawiniętą będąc w rogala ukochanego. I, że ukochana nasza obudzi się na przewinięcie dupala 24km przed końcem trasy, czyli po ponad 700km. I po przyjeździe dośpimy do prawie 9. No ukochana na wskroś.

Wakacje cudne, w zieleni, w spokoju, z tymi Ulubionymi. Najlepiej.
Wychodzić boso na mokrą trawę, wieszać pranie za domem, pralkę starą popychać pińcet razy. Uśmiechać się, gdy mówią drzewo i żeby dać młodemu cumla. Słuchać jak dziecko ci się w towarzystwie rozgaduje, ucząc od kuzyna młodszego nowych dźwięków. Tańczyć we troje przy hitach eremefowych usypiając potomkinię. Śpiewać co rano na widok uśmiechniętej mordki dzień dobry, kocham cię! Chodzić na spacery do miasta, jeść pyszne lody trójkowe, iść przez wieś i na drodze spotkać byka. Z zachwytem patrzeć w wysokie płomienie ogniska. Napawać tamtejszym zapachem, jedynym, niepowtarzalnym. Niby tym samym co rok wcześniej, ale innym, bo pierwszy raz z nią. Obserwować jak małe ślepka chłoną zaokienną zieleń, jak łapki badają kwiaty i liście.

Widzieć tamten czas jej oczyma.





Być mamą w towarzystwie innej mamy. Służyć radą, doświadczeniem tylko ciut dłuższym. Niewiele większym. Najpiękniejsza, najważniejsza i najbardziej wykańczająca rola w życiu. Deficyty snu nie zawsze rekompensuje uśmiech dziecka.


***


Milion zdjęć, nie ogarniam. Chyba ze trzy tysiące już, a to dopiero piąty miesiąc, ratunku!


Plan jest taki, żeby pouzupełniać posty zdjęciami, żaby nie pogubić chwil. A wciąż wydaje się, że nie zapamiętam, nie zdążę, że uciekną...

Kocham moją pamięć zapachową.



***


Koniec wakacji pachnie zachodzącym słońcem, dymem z papierosa, chłodem zmierzchu. Szeptem, pocałunkiem, wieczornym kinem. Stygnącą ziemią, mokrą trawą, mruczącym kotem. Winem, urodzinami L., jej kuchnią tu i tam. Ciemnym morzem, zimnym piaskiem, ostatnim drinkiem.
Wtedy.

Gorącą kąpielą, przytulasami i słodyczą mleka cieknącego jej po policzku, gdy zasypia.
Teraz.



Zapamiętam.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

34. żadne tam oby...

No oczywiście, że wszystko ok, a jakże by miało być inaczej!

Dziewczę energiczne, bystre, żadnych wad neurologicznych, opóźnień, za to dużo umiejętności na zapas. Te przewroty na brzuch, przesuwanie do tyłu, siadanie - jak 7-8 miesięczniak.

- Na zimę to ona już będzie chodziła... - pękliśmy z dumy.


Pieluchowe Zapalenie Mózgu trwa nadal. Ciekawe czy to tak na całe życie zostaje? Czy przy drugim ssaku lekko się uspokaja?


Ale też...
Chcę na masaż!
Chcę do kina!
Chcę spać 10 godzin bez przerw!
Chcę siedzieć bezmyślnie w internetach albo oglądać seriale całe dnie!

- E, już chcesz znów w ciąży być?...


Yhy, z Pełzakiem u boku to na pewno byłaby taka sama leniwa ciąża.




No i niesprawiedliwością jest, że rodzice-dziadkowie nie dają dzieciom-rodzicom już prezentów jak kiedyś. Teraz na wszystko kładą swe oślinione łapska wnuki-dzieci. I nie słuchają nas. No chyba, że w zdaniu pojawi się Aluta, to wtedy słuch się wyostrza.


A jutro Wielka Wyprawa.
Będzie dobrze!

piątek, 8 sierpnia 2014

33. ósmy dzień ósmego miesiąca


Miałam wenę, ale zgubiłam.


...



Fajnie mają niemowlaki, że tak sobie tymi drzemkami porządkują w głowie wszystko.
Młoda wciąż jeszcze uskutecznia ich 4 w ciągu dnia. W upały przestawiła się na trzy, nawet dwugodzinne. No ale któż by wyrobił bez spania w tych ponad trzydziestostopniowych temperaturach? Chyba tylko rodzice-masochiści. To nie do pojęcia normalnie, że ja - największa fanka spania ever - zamiast regenerować się wraz z nią, gapię się jak śpi.

Pieluchowe Zapalenie Mózgu.

Cóż począć?

Drugą taką samą, a co?...


Ahahah
Hahah
Hah...



Mamy w tej chwili w domu Piszczącą Gąsienicę Pełzającą W Tył.
Wściekającą się, jojczącą, niezmiennie żalącą się Klulikowi.

I znów zaciskającą te pięści. Główka w tych dniach jakby odpuściła.
Leżenie na brzuchu dużo daje.
Oby do poniedziałku, a potem oby do 24 września.



A może by na urlop?


piątek, 1 sierpnia 2014

32. dzień zaczął się o 5:13


...a o 5:42 dziewczę postanowiło pokazać nam, że dwa dni treningów wystarczyły, żeby samodzielnie przewrócić się na brzuch. I jarzyło się w zachwycie do 6:21, gdy nie było już możliwości ucięcia sobie drzemki dobudzikowej. Przez nas, nie przez nią, ofkors. Ona zasnęła jak anioł.

No oczywiście, że obudziłam ją o 7.

No oczywiście, że wyspana glizda mała pierwszą kimkę uczyniła pietnastominutową zamiast, standardowo, półgodzinną.


Zjadłabym ją jak tak leży goluśka na łóżku i zastyga podczas miziania z lekkim uśmiechem.
Ale jest za gorąco, żeby jeść.
Pewnie kiedyś pożałuję, że nie zjadłam jednak.



Kocham.
Kocham.
Kocham,
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...