sobota, 20 grudnia 2014

52. teta dzida baaa nie

...oraz dwa zęby na dole. Prawy już sieka milimetrowym ostrzem, lewy nadal walczy.

Trzy dni do ukończenia 9 miechów.

Taka dorosła.

wtorek, 16 grudnia 2014

51, guziki


Fascynacja guzikami trwa w najlepsze. Wyciumkane są wszytskie dostępne w okolicy. Sweterkowe, dżinsowe oraz te ze szmatek uszytych przez babcię. Tylko patrzeć jak będę w kupie szukać guzików, bo kto by się doliczył czy jakiegoś gdzieś brakuje...

Chyba widziałam zęby na horyzoncie, ale może to tylko fatamorgana, gdyż raz mi mignęły, a dziewczę dzioba nie otworzy w celach poglądowych za nic w świecie. Dziób otwierany jest najczęściej w celu dziamgolenia, ale dzieje się to tak szybko, że ciężko - zwłaszcza ślepej matce - potwierdzić czy faktycznie w końcu idą. Ale jak to rzekła ciocia K. na moje stwierdzenie, że córka nasza widocznie zębów i włosów mieć nie zamierza: "zaoszczędzi na dentyście i fryzjerze, dobrze kombinuje!". No, tak że tego.

Cycki momentami odpadają, ale na tyle rzadko, że myśli o odstawieniu szybko mijają. Niech dziewczyna sama zdecyduje kiedy koniec imprezy z bufetem open 24/7. Ja nie jestem w stanie podjąć takiej decyzji za nią, pękłoby mi serducho chyba.

Nigdy nie pamiętam co miałam pisać, wnerwia mnie to, że co se zapamiętam, to se zapomnę.
A może już ktoś w tak zwanym międzyczasie wymyślił to urządzenie do zczytywania myśli?...


A, wiem co miałam.

Że dziś 38 tygodni!
38 tygodni od 38 tygodnia ciąży zakończonego chluśnięciem wód na podłogę w łazience.
W życiu tego nie zapomnę!
Człowiek zupy mlecznej nie mógł dojeść, bo musiał jechać rodzić, ehh...


9 miechów zaraz.
Ja pierdziele.


Kocham tę Kosmitkę, no.

piątek, 28 listopada 2014

50. 8 miesięcy...


...i dziecko nam się puszcza. No wiecie państwo?...
Normalnie stoi i się puszcza. Albo trzyma, owszem, ale jedną ręką, za tatowe włosy na nogach. Ałć.

Chodzić za jedną rękę jeszcze się boi, ale to chyba kwestia dni, max tygodni. Na święta już będzie rozbiegana rozpierducha jak sądzę.

Niech ten czas tak nie pędzi!...
Zachwycam się tym, jak codziennie się zmienia, jak kuma wszystko, gówniara jedna. Jak odnajduje zabawki o które pytamy, jak przybiega na czterech gdziekolwiek jesteśmy. Jak nagle, robiąc coś w kuchni czuję, że ktoś mi się wspina po nogawce. Jak pomaga wieszać pranie roznosząc po pokoju wszystkie mokre ciuchy.
Zachwycam, ale za chwilę już myślę o tym, że to za szybko, że nie rozumiem czemu te dni tak uciekają. Że przed sekundą byliśmy na Hobbicie i sikałam co pół godziny wisząc z brzucholem nad kinowym kibelkiem. A tu zaraz nowy film, a my będziemy kombinować jak przy tym czworakującym już brzuchem oglądanie zaplanować.

Albo to, że karmię piersią. Osiem miesięcy. O-siem! Ja, która - zacznijmy od tego - dzieci mieć nie chciała przez ponad 30lat, i która uważała karmienie za obrzydliwe. Jak to się człowiekowi zmienia w głowie na szczęście. Że mądrzeje. Późno, bo późno, ale lepsze to niż w ogóle, prawdaż.
No i karmię i karmię i uwielbiam to i chcę karmić jak najdłużej. I spać z nią. Mówią, że czas odkładać do łóżeczka, ale ja tego nie czuję, nie jestem gotowa. A jak ja nie będę pewna tej decyzji, to się to nie uda, bo pęknie mi serce. Mamy czas. Jeszcze zdążymy zatęsknić za nią tulącą się do naszych pleców. Jeszcze nie teraz.

Samodzielna mała bestia. Diabeł wcielony ze słodkim uśmiechem rozkładającym nas na łopatki. Uszkadzający matce nadgarstek i wyrywający włosy. Całujący otwartym dziobem. Bziumkający, robiący bąble ze śliny, wydający każdego dnia nowe dzwięki. I nadal hehający, ale mniej.
No i kocha tego Majkela wielce. Nosi go ze sobą cały czas, szurga po podlogach, oblizuje kaszowym jęzorem. Biedny Majkel.


A ja co?
A ja mam chorą głowę i do psychiatry czas chyba. Bo mnie tyra momentami porządnie. Ale ciężko, żeby mie tyrało takiej egoistki jak ja. No i ta egoistka we mnie wciąż walczy. I pewnie walczyć będzie już zawsze. Z tą matką polką, która jest we mnie od niespelna roku, a jest silniejsza niż tamta, stara ja.



A, a zębów nadal brak.
Dla moich cycków to chyba dobrze?...

sobota, 15 listopada 2014

49. he... heh...

7 miechów i 3 tygodnie, a ta glizda mała większość wydarzeń komentuje krótkim "heh!". Parska prawie. No ludzie, mili państwo. Lekutka przesada. Nie wiem po kim ona to ma, doprawdy, żeby tak kpić i hehać wciąż... Ekhm. Ten tego ten.


A poza tym co.
Ganiamy się na czworaka, szczekając lub miaucząc. W życiu jeszcze nie slyszałam jej tak śmiejącej się w głos jak wtedy, gdy pierwszy raz się ganiali i wywalali wieżę z puzli z wielkim BUM! Dziewcze bardzo prędko będzie miało zmarchy od śmiania, po tatulu.
O, albo czołganie się pod nogami. Na hasło "tunel!" Młoda pada na podłogę i pędzi szurać brzuchem po tatowymi nogami. Najlepsza zabawa ever!
Chowanie się pod kołdrą, kuku! Uśmjech przecudny! Wynajdywanie drogi w ciemności podkołdrowej - level hard - zaliczone wzorowo.
Buła w łapie na spacerze - najlepsza rzecz pod słońcem. Można dzioba jojczącego zająć na chwilę jedzeniem, albo uwagę karmionymi ptaszorami odwrócić.

Z danych technicznych dla potomności: waga 7100g, wzrost 68cm.
Pediatra mówi, żeś szalona, córko nasza, że tak już siedzisz pięknie. A jak zaczęłaś wstawać podczas badania, to zdębiała zupełnie. Zuch dziewczyna!

Cudek.
Kocham nad życie!



Nie no, oczywiście, że muszę czasami wyjść z domu, bo pęknę. Ale po godzinie tęsknię. Szalona matka! A oni przecież doskonale dadzą sobie radę sami. Najwyżej koszulka po zjedzeniu jabłka trochę bardziej upierdzielona będzie.

No i co z tego.

Trzeba by najpierw zobaczyć jak wyglądają rękawy po dzisiejszym samodzielnym jedzeniu dyni z ziemniakiem...



Lovę ich!

czwartek, 30 października 2014

48. dobranoc

A gdy się szanowne dziewczę naje, odwraca się na drugi bok i po prostu zasypia. Ani dziękuję ani poprzytulajmy się dalej ani pocałuj mnie w dupę. Taka jest dorosła i samodzielna i niewdzięczna!

I odkurzacz mi wyrywa z rąk. I telefon. I pilota. I w klawiaturę lapka klepie. Borze szumiący, no co za bestia.

I przychodzi jak się ją woła: "chodź tu, piesku!". Zajebista jest jak tak szoruje na czworaka. I jak krzyczy z radości na widok kota lub zabawki. AAOOOUUIA!, czy jakoś tak.

I jest galerianką pelną gębą, ani piśnie przy zwiedzaniu sklepów. Czasem podskoczy gdy za długo w jednym miejscu stoimy,bo nuda. Rozkminia ten świecący, kolorowy świat. W sumie dopiro drugi raz w takim orzybytku była na kumato,więc nie ma się co dziwić, że się laska jara.

Nadal odkrywa części ciała. Ogląda dłonie, stopy, łapie się za ucho, dotyka głowy. Bada. Znajduje i podnosi przedmioty, które upuści.

I ma nowe obuwie. Cudne potworzaste HMowe podróki emu. Zielone. Tata dumny!

poniedziałek, 27 października 2014

47. co do jedzenia poza mlekiem mamy?

Zapiszę sobie, mam nadzieję, że niedługo znów się przyda.

Jabłko - szamie Młoda już od sierpnia, czyli od początku 5 miecha własciwie. Najpierw skrobane, a teraz najczęściej tarte na grubych oczkach, do kaszy manny, ale też pokrojone w słupki - spoko je je sobie sama trzymając w łapce. A i skrobanym nie pogardzi, czasami zje w ten sposób nawet połowkę za jednym posiedzeniem.

Banan - gnieciony z kaszą albo pokrojony, do łapki.

Gruszka - j.w.

Marchewka - gotowana na parze i pokrojona w słupki, tartą surową też jadła, z jabłkiem.

Winogrona - niby po 10 miesiącu można podawać, ale popróbowała miąższu i nic się działo, więc czasami dla smaku dostanie.

Słoiczek BabyDream (+4mce) marchewka z młodym ziemniakiem - średnio jej posmakowało, więc narazie nie kupię ponownie.

Słoiczek BabyDream (+4mce) delikatna dynia - zajadała ze smakiem. Słoiczek zjedzony na jakieś 6-7 razy, po kilka łyżeczek.

Słoiczek BabyDream (+7mcy) ryż z warzywami i kurczakiem - dzisiaj pierwsze podejście, mlaskała, zdziwiona nowymi smakami. Zjadła z chęcią kilka łyżeczek. Prawdopodobnie będzie na kilka podejść, jak dynia.

Piętki od chleba - lubi pociumkać od czasu do czasu, najczęściej rano, w tygodniu, gdy jemy śniadanie w łóżku.

Flipsy, chrupki kukurydziane - kilogramami najlepiej. Strasznie ciężko zeskrobać z niej później te ich zaschnięte resztki!



Ubolewam trochę, że jemy tak mało gotowanych warzyw, więc ciężko będzie przyzwyczaić do nich Alę. Na szczęście są słoiczki. A może nam się pozmienia coś w jadłospisie dzięki niej. Hu nołz!

46. 7 miesięcy, czyli zmienia się układ dnia

I znów szok i niedowierzanie - jak to siedem miesięcy?!...

Aliluta jest już dorosła i często rezygnuje z dwóch z czterech drzemek. Najczęściej zasypia około 9-10 i, przytulona po półgodzinie, śpi godzinę, czasami dłużej. Następna kimka wypada gdzieś między 13 a 17 i trwa nawet dwie godziny. Czas kąpieli i pojścia do łóżka nie zmienia się mimo przestawienia czasu na zimowy i jest to 18:30-19:30. O 20 najczęściej nasze dziewczę już śpi. Standardowo nadal dotankowanie około 22, a potem o 4-5 i pobudka między 6-7. Córka skarb! Nadal. I oby jak najdłużej.

Potrafi sama zająć się zabawą przez dłuższy czas. Spoko można przy niej ogarnąć sobie twarz, rozwiesić pranie czy przygotować jakieś jedzenie. Ba, nawet ciasto upiec! Ja i ciasto... dżizzz... kto by pomyślał...

Oczywiście ślepia trzeba mieć dookoła głowy, bo szatan z prędkością światła zasuwa na czterech i penetruje wszystkie kąty. Niezastapione są antypoślizgowe skarpeciochy i rajtki, bo bez tego łeput o wiele częściej miałby kontakt z podłogą. A tak to spoko laska ogarnia stawanie i dreptanie przy sofie, lustrze czy szafkach.

Gada, kłóci się, pokazuje jak jej się coś nie podoba. Walczy o naszą uwagę, o to by patrzeć jak przytula Erniego czy wsuwa sama jabłko. I dobrze. Ma charakter dziewucha!

Wózek nadal be-be. Wózki są dla maluchów. Dorosłe Alilutki oglądają świat z wysoka i uczestniczą w życiu z poziomu innych dorosłych. Wiwat chusta NatiBaby! Wiwat nosidło Tula!

Kluch uległy, ukochany kot. Ufka nadal nie do końca ufna, ale się przełamuje niekiedy. Zresztą, ona nie ma czasu, bo musi ptaków pilnować na za oknami naszej nowej werandy.


Okazuje się, że można normalnie żyć mając dziecko. A do kina przecież też kiedyś pójdziemy!

wtorek, 21 października 2014

45. 30 tygodni!


Co za ekspres z tego czasu, ja pierdzielę!
Człowiek się nie zdąży przyzwyczaić, że ma dziecko, a tu za sekundę to dziecko ma 7 miechów.


I siedzi samo. I Jaworowicz robi girę wyciągając.
I staje w łóżeczku i przy sofie.
I zasuwa na czterech po chałupie, speeda dostając na widok suszarki np.
I puzzle rozwala.
I kuma co się do niej mówi.
I z tatą w chowanego się bawi, w akuku znaczy się.
I buziaka daje japę rozdziawiając.
I chichra na kosikosiłapki.
I heh robi na widok fajnych rzeczy. Albo śmiesznych. Dokładnie nie wiemy. Ale ma to po tatusiu. Albo po Beavisie czy tam Butt-headzie.
I jabłko je sama, pokrojone w słupki. I banana i marchewkę. I chleb i flipsa. Papki są bessęsu, wiadomo. Manna ujdzie, ale w ilościach wystarczających na wprowadzanie glutenu.
I kubkami się nadal lekko fascynuje. Trochę popija z nakładki dziobkowej.
I drze się jak opętana, piszczy aż uszy pękają, gdy się jej z oczu znika. Bo myśli, że jak mama wychodzi, to na zawsze. Tak przynajmniej piszą mądrzy ludzie.
I nawet jak pińcet razy w nocy do cycka się dobiera, matkę nieprzytomną robiąc, to ten uśmiech z rana wciąż nie pozwala się na nią dąsać.


No cudna jest ta nasza córka.

A ja monotematyczna.


Oh well...


piątek, 10 października 2014

44. 6 i pół

Uwielbiam gdy ta mała, dzielnie krocząca po mieszkaniu za ręce albo zajmująca się pół godziny moimi lakierami w łóżeczku dziewczynka, wieczorami wtula się we mnie wszystkimi odnóżami. Uwielbiam ciepłe łapki na piersi i syrki oparte o uda.

Uwielbiam ją.

czwartek, 25 września 2014

43. co potrafi nasza półroczna dziewczynka?


Dzisiaj okazało się, że wyczworakować z kuchni niespodziewanie potrafi. Przeczłapać cały przedpokój i dojść do pokoju. Za kotami rzecz jasna, w przeciwnym kierunku niż pragnęłaby tego matka wołowinę pichcąca.

Stąpać dziarsko, za ręce podtrzymywana, potafi. Aż do pęknięcia lędźwi prowadzącego. W koło Macieju. Od rana do wieczora. Szczęśliwie nie od zmierzchu do świtu.

Od zmierzchu do świtu za to spać potrafi. Dziękować bogom, że spanie ma po mamusi. Wierzymy, być może naiwnie, że z tego nie wyrośnie. Spacyfikowana po kąpieli, przed 20 już chrapie, na cycka budząc się czasami w okolicach 22. A tak na dłuższe zawiśniecie to koło 5-6.

Siedzieć chwiejnie potrafi. Lecąc lekko to na prawo to na lewo. I w łepetynę się puzzlami na podłodze leżącymi uderzając.

Potrafi też całować się z lustrem lub misiem Tymkiem. Z lustrem lepiej wychodzi, gdyż śliskie jest. Ale za to również uderza w głowę przy bardziej namiętnych próbach. A tłumaczymy, żeby głowę oszczędzała, bo może jej się przydać jeszcze. A poza tym wiemy wszyscy jak skończył Kluchor, który dzieciństwo swe spędził na rozpędach głową w ścianę: ucieczki z domu, bojaźń dużego kalibru, wietrzenie wszędzie podstępu.
Ale przyznać mu trzeba, że od czasu gdy wstąpił w niego duch Kici, zmienił się nieco i pozwala Alucie się pougniatać nawet.

Co ja miałam jeszcze...

A. Stękać potrafi dziecko nasze koncertowo wręcz. Właściwie to cały czas niespędzony na chodzeniu za łapki po mieszkaniu, jest czasem zastękanym.

Ponadto olewa wózek od dłuższego czasu. Tak, spacerówkę też. Jeśli spacer to najlepiej wędrówki po ławce. Bo przecież nie po alejce ani trawie. Bo przecież butów nie produkują takich małych chyba. Bo przecież takie małe dzieci nie chodzą!
Wiem, bo czytam co powinna robić w tym wieku, a ona uparcie robi za dużo. Urąbać nogi trzeba, trudno. Albo nie wiem.

Bo nienienie, nie zmuszamy jej do chodzenia, bo nam pilno do ganiania zbiega po mieście albo oklejania rogów mebli przecudnej urody ochronkami. Nienienie. Glizda sama wstaje. Wstaje wszędzie gdzie się da. W łóżeczku - po coś w końcu się przydało. Przy sofie. Przy wezgłowiu łóżka. Przy nodze, przy kocie, przy...
Fajnie było jak leżało toto, jak naleśnik, i tylko gałami przewracało. A człowiek wtedy myślał, że czasu nie ma. Hahah hah ha... To se ne vrati. Chyba, że przy drugim. Hah ha h.

Co ona jeszcze.

Oślinić się potrafi do ziemi samej.
Śmiać w głos.
Piszczeć przeraźliwie, z radości, ze zmęczenia. Zaciekawiona też piszczy, ale tak pytająco.
Zabawkami się zająć 5 min. potrafi. Kubkami plastikowymi, butelkami.
Dzioba wsadzać do naszych kubków i siegać do talerzy.
Jabłko jeść i banana z kaszą manną potrafi czasami. Nie szalenie często, ale zawsze. Częściej woli ciumkać sobie jabłko w całości, trąc dziąsłami i odkrzuszając potem co większe odłupane kawałki.
Cycka opróżniać nadal potrafi w minutę. Chyba, że zasypia, to wtedy udaje, że nie leci i muszę dłuuugo, mamo.

Nadal potrafi uciąć sobie 4 drzemki w ciągu dnia. 8-9, 11-12, 14-15, 17-18. Ale najczęściej są już trzy, rzadziej dwie.


No i wkurzyć potrafi, och, potrafi! I zaraz rozmaślić uśmieszkiem diabelskim i wtulasem ciepłym.


Zmieniasz mnie od pół roku córeczko.
Kocham cię Aluszku.



wtorek, 23 września 2014

42. 26 tygodni


Zaraz pół roku.
Nie ogarniam.


Nie ogarniam jak to się stało, że przed chwilą potrafiliśmy przeleżeć całe weekendy oglądając seriale i kulając się z boku na bok. O poranku, o 10, spokojna kawka albo dwie, potem dłuuugie śniadanie. Dziesięć kilosów spaceru, obiad i drzemka. Kino. Zakupy. Sajgonki na ławce. Park o zachodzie słońca. Wszystko możesz, o której zechcesz.


Wściekam się i w tej samej sekundzie złoszczę na siebie, bo zamiast wspierać tę małą ufoludkę w poznawaniu i nauce naszego świata wkurzam się, gdy chce mojej uwagi. A przecież wiem, że za moment wyfrunie. Że tylko mrugnę okiem, a ona będzie dorosła. I jak mnie ściśnie w środku, gdy nie będę jej potrzebna, tak jak jestem teraz. Sajko-Mom sajko-mooom!


Pewnie momentami łatwiej by było nie pamiętać czasu, gdy jej nie było. Najpierw w ogóle, a później po tej stronie brzucha. Łatwiej byłoby bez niej, nie wiedząc.


Wiedząc, że jesteśmy dla niej całym światem. Wiedząc jak to jest, gdy pierwszą rzeczą jaką widzisz rano jest jej bezzębny uśmiech. Jakie to uczucie, gdy małe dłonie dotykają skóry i słychać tylko uspokajający się powoli oddech i mrucząco-mlaszczące odgłosy zadowolenia przy piersi. Jak wielka duma rozpiera tatową klatę, gdy tylko on potrafi zatańczyć ją do snu. I jaki wita go uśmiech, kiedy wraca do nas po tych kilku godzinach. Jakie ukojenie dają nasze ramiona.


Wiedząc - nie chciałabym już bez niej żyć.













piątek, 19 września 2014

41. boję się


A im więcej umie, tym ja bardziej się boję.

Boję się, że znów skula się z łóżka i tym razem nie zdążę jej złapać.
Że przefiknie przez koło, bo już staje w nim, świruska jedna.
Że wyleci z łóżeczka, bo łapie się szczebli i podnosi.
Że trzaśnie łepetyną o podłogę, gdy uda jej się usiąść, a nie złapie równowagi.
Że łupnie o kran, gdy wścieka się w kąpieli.
Że wypadnie mi z rąk, bo wije się jak piskorz.

Boję się też, że wózek przeważy i zjedzie po mnie z tej zjeżdżalni wózkowej.
Że potknę się i zlecę ze schodów z nią w nosidle.
Że auto jakiegoś szaleńca wjedzie na chodnik - rozkminiam jak najlepiej odepchnąć wózek.
Że jakieś głupie dziecko sypnie jej w oczy piachem, a ja nie wiem jak się piach z oczu usuwa.



Matka Chora Głowa.


***


I że czemu teraz tak głośno oddycha?
I czemu trze to oko?

A czemu czasami wciąż zaciska pięści?

Bo wkurwiona jest w kółko.
Bo by już wstała porządnie i poszła, a nie wciąż musi o pomoc prosić.
Każdy by się wkurwił.
Ot co.


***


O!
Albo, że otworzę komuś drzwi z gołym cyckiem!
Albo, że jak ją nakarmię na ławce pod brzózkami, to odkładając do wózka zapomnę cycka schować.

Takie mam lęki też.

wtorek, 16 września 2014

40. 25 tygodni


Jeny, wtedy o tej porze pół godziny temu przekraczałam próg szpitala aby podyskutować sobie z położnymi o kotach oraz aby - przy okazji - wyjęto ze mnie Obcą, która niespodziewanie, godzinę wcześniej, odkręciła wodę na nową podłogę w łazience.


A dziś tej Alience stuka 25 tydzień!
I jest łobuzem i bandziorem do kwadratu.


- piszczy na całe mieszkanie, gdy ujrzy kota, kociego ducha lub kota-zabawkę
- piszczy na ulicy, gdyż cały świat jest taaaaki pięęękny!
- popada z euforii w rozpacz w ułamku sekundy (po mamusi) (oraz, bo taki ma okres teraz)
- czworakuje do tyłu
- a jak w zasięgu ma telefon, tablet lub kota - to i nawet do przodu
- podkurcza girkę i próbuje siadać z czworakowania
- łapie za wyciągnięte ku niej palce i zrywa się do stania
- staje w kole
- i próbuje na sofie
- kocha hopsanie
- dusi się ze śmiechu w tańcu-dobiegańcu
- uwielbia po_kąpielowe miziaki z tatą
- na luziku bawi się zabawkami leżąc na brzuchu
- siedzi zabezpieczona poduchami
- nadal lubi ciumkać jabłko i wścieka się, gdy jej je zabrać
- próbowała kaszę mannę, ale nie zapałała doń wielkim uczuciem
- dziś próbowała banana i w tym przypadku ogień miłości zapłonął jasnym płomieniem




A poza tym co.
Do ludzi tęskno, do beztroski i leżenia plackiem.
Cudnie jest spędzić czas z przyjaciółką. Naładować się pozytywnie.
Mniej cudnie mieć zakwasy po spędzaniu czasu z Tonym, no ale przed kolejną ciążą trzeba się do ładu doprowadzić, żeby znów fajnego dziecia wyprodukować. Waga wróciła do stanu sprzed poprzedniej, więc pośmiałyśmy się z pielęgniarką, że można w nową zachodzić.


W sumie to fajnie jest.



Aaale bym do kina poszła!
Kij z filmem, ale ploty oraz kubeł popcornu i wiadro BubbleTea spożywane przez 4 godziny w Alfie przed_po_i_w_trakcie seansu - to by był prawdziwy czad!




piątek, 12 września 2014

39. ...


Tęsknota zgina mnie w pół, ściska...


Widzę cię w każdej kropli deszczu i porannej mgle. W ptakach krążących nad parkiem i w jarzębinie. Jesteś wszędzie, jesteś naturą, światem dookoła.

Widzę jak mrużyłaś bursztynowe oczy patrząc w jasne niebo. Jak pilnie czyścisz białe łapki.

Czuję pod palcami zarys twojej bródki, a na policzku długie wąsy. Czuję jak pachnie twoja sierść rozgrzana słońcem i twoje stópki, gdy tak śmiesznie je rozczapirzałaś do całowania, do miziania.


Słyszę twoje kroki w kuchni, w przedpokoju. Słyszę jak jesz i przekręcasz się na posłaniu. Słyszę, jak głośno miauczysz domagając się mięsa, które właśnie przyprawiam. Słyszę jak szczekasz na ptaki za oknem.


Byłaś zawsze...


Ala piszczy radośnie wpatrzona w puste miejsca w domu.
Wiem, że jesteś tutaj, z nami.
Opiekuj się nią, bądź przy niej, mrucz do ucha kołysanki, gdy nie może zasnąć.



Przepraszam.

wtorek, 9 września 2014

38. 09.09.2014



Dziękujemy, ze byłaś, Kiciu.
Ze mną przez 15 lat 8 miesięcy i 5 dni, z Rafałem przez prawie 9 lat, a Ali towarzyszyłaś przez 23 tygodnie i pierwsza ją zaakceptowałaś.
Wierzymy, że w chwili gdy dziś przy nas zasypiałaś, gdzieś w innym miejscu właśnie przychodziło na świat cudne czarne kociątko z białymi wąsiskami i białą, maleńką kropką pod noskiem. I że wkrótce będzie z kimś spało na łyżeczkę.
Hasaj sobie w nowym życiu, maleńka... 






Prezent na 20 urodziny. Mała, bialo-czarna kuleczka.  
Już pierwszej nocy wdrapałaś się po prześcieradle i zasnęłaś w zagłębieniu mojej szyi. No bo kto by chciał spać na posłaniu, koło łóżka. Zwłaszcza ktoś tak malutki, że mieścił się w dłoni. Zasypiając ssałaś płatek mojego ucha, zasypiając czułam czasami twoje ostre ząbki. Potem, jako już panienka, postanowiłaś, że będziemy spały na łyżeczkę. Noc w noc. Uwielbiałaś słońce i to miejsce pod sosną. Róg balkonu był twoim oknem na świat. Towarzyszyłaś w mi kąpieli i sprawdzałaś, czy używam dobrych balsamów do ciała. 
Mruczałaś jak nigdy nie mruczał mi do ucha żaden kot. Moja pierwsza kicia, moja Niunia.
Wybaczałaś sprowadzanie do domu nowych. Kotów i ludzi. Kochałaś Gapcię, swoją młodszą siostrzyczkę i tak bardzo cierpiałaś gdy odeszła. Zaopiekowałaś się Klusiem, byłaś mu mamą przez 7 lat, zapamiętale czyściłaś mu uszy. Chciałaś przygarnąć Ufkę, ale wyrosła na samotniczkę, więc jej odpuściłaś. Pokochałaś Rafała, przyjęłaś go do naszego domu. Przytulałaś się do Ali.

Wybacz nam złe chwile, maleńka, chwile nieczułości i zniecierpliwienia. Brak zrozumienia dla twojego wieku i choroby. Tak bardzo pusto i cicho jest bez Ciebie...

W przelocie między życiami przekaż Gapci moje ugłaski. 


Śpij spokojnie i spraw, żeby kiedyś, gdzieś, z jakiejś kociej mordki spojrzały na mnie Twoje mądre oczy...

środa, 3 września 2014

37. co ludzie powiedzą?

Powinna jej pani założyć czapeczkę, bo to słońce dziś takie dziwne.
    Ja bym nie mogła tak nosić dziecka, przecież ono nawet nie może powiedzieć, że mu niewygodnie.
    A co to za śliczny maluszek? Tjutjutju... Ale tak bez czapeczki? Powiedz mamuni, żeby ci założyła czapeczkę, tjutjutju...
    A nie wygodniej by pani było z wózkiem, niż tak nosić w tym nosidle?
    Czapeczkę niech jej pani założy, uszka zakryje, bo wiatr straszny.
    No tak, nauczyliście noszenia, to macie teraz.
    Czas już na własne łóżeczko, taka duża dziewczyna!
    Przy piersi zasypia? Się przyzwyczai i zobaczysz...
    A co ona tak bez czapki?
    Samą piersią karmisz? A nie za mało jej? Kiedy coś innego będzie jadła?  


    Tak, że tego...

    W skrócie: ROBISZ TO ŹLE!

    Najgorsza ta czapka. Boję się, że któregoś dnia bez czapki odpadnie jej głowa. Dziwnie będzie wyglądała bez głowy...


    I powiedzą w tefałen24, że taka spokojna rodzina była, taka miła ta pani, a tu taka patologia - dziecko bez czapki i nieszczęście gotowe!

    W dodatku samą piersią karmiła! Pięciomiesięczne dziecko! Zagłodziła prawie, bo cóż to takie mleko. Bo ona sama chuda taka, to jak ma dobre mleko dawać. Pewnie dlatego tak czasami płacze ta mała, bo głodna! Kaszy by jej dali, kartofli, chleba, a nie tak!... Biedne dziecko. Zresztą. Tylko patologie karmią piersią, bo normalnych ludzi to stać, żeby dobre mleko dziecku kupić!

    Nosiła całe dnie, wie pani, dziecko mało co w wózku woziła, a taki ładny wózek! No mówię, patologia jakaś, w szmatę zawijała to małe, że tylko łepek wystawał (bez czapki!). I tak nosiła, w kokonie takim, cały czas przytulone do siebie. W ciasnocie takiej.

    I do łóżka brała! Przez sen pierś podawała, wygodnicka taka! Wstawać się waćpannie nie chciało do dziecka, to do wspólnego spania przyzwyczaiła! Teraz biedne dziecko spać z nimi będzie dokąd się z domu nie wyprowadzi!



    Biedne dziecko. Tulone na siłę, na siłę piersią karmione. Na każdy mały płacz przylatują do niej i na ręce biorą, na siłę całują! No tak ją nauczyli, durni, że zawsze są, zawsze będą, że może na nich liczyć. Biedne dziecko.



    Bez czapki.



    niedziela, 31 sierpnia 2014

    36. niedziela po południu


    Międzywpisy porobię. Tak sobie wymyśliłam. Że coś tam i pół. I już. Bo sama się na minę władowałam tymi numerkami. A zdjęcia chcę mieć chronologicznie, a nie, że poród po hopsaniu, bo bessęsu.

    Ale kiedy to nie wiem, w międzyczasie którymś może. W końcu trochę się już udaje odkleić i zająć czymś poza. Jezu tam, udaje. Nie chce mi się i już. Nicnierobienie, jak w ciąży, mi się marzy. Takie totalne NIC. Leżenie, bezmyślne gapienie, czytanie. Ale jak mam chwilę, to się spinam, że. Że nie zdążę, przegapię. Że mrugnę okiem dla siebie, a ona hops! i pójdzie do szkoły. Bo już teraz - gdzie te pięć miesięcy, no gdzie? Kiedy?



    Dobra, moment, bo się budzi. Idę popatrzeć, bo tak słodko się budzi! Matko, chora matka!...
    .
    .
    .

    A no właśnie! Bo teraz jak się budzi, to nie jojczy, tylko w ciszy przewala się na brzuch i po chwili hopsa już  na czterech podrzucając dupkę.

    No ale teraz już jęczy, bo piszę, zamiast z nią gadać. Ratunek w kole, chwila.
    .
    .
    .


    Żyrafie można obeżreć mordę, żabie łapy wyciumkać.
    Ale niekoniecznie w ciszy. Trzeba śpiewać i się żalić.
    A ja nie-w-ciszy nie umiem.


    Zatem może być ciężko w bliskiej i dalszej przyszłości, prawdaż. No trudno. Idę ją porwać do tańca!

    Jeszcze zatęsknię, jak mi drzwiami łupnie wychodząc sama na dyskę.

    sobota, 30 sierpnia 2014

    35. o końcu wakacji i pierwszej podróży pięciomiesięczniaka


    Jest słowo pięciomiesięczniaczka? Nie ma? Skandal!...


    W jedną stronę wymarzona współpasażerka, w drugą dwugodzinna jęczybuła i zwiedzaczka parkingu przy płatnej autostradzie. Uliczni... Autostradacznica jedna. Śpiewy, tańce, hopsanki - najlepiej na przednim siedzeniu u taty, o 2:34. No bo kto powiedział, że z powrotem ma być tak samo kolorowo jak w drodze na wczasowanie? Jeszcze byśmy się przyzwyczaili, że dziecko można na śpiocha zapiąć w fotelik o 21:30, dotankować wisząc nad nim z gołym cyckiem o 23 i pozatykać smokiem w wypadku kwilenia, jednym okiem łypiąc w półśnie, zawiniętą będąc w rogala ukochanego. I, że ukochana nasza obudzi się na przewinięcie dupala 24km przed końcem trasy, czyli po ponad 700km. I po przyjeździe dośpimy do prawie 9. No ukochana na wskroś.

    Wakacje cudne, w zieleni, w spokoju, z tymi Ulubionymi. Najlepiej.
    Wychodzić boso na mokrą trawę, wieszać pranie za domem, pralkę starą popychać pińcet razy. Uśmiechać się, gdy mówią drzewo i żeby dać młodemu cumla. Słuchać jak dziecko ci się w towarzystwie rozgaduje, ucząc od kuzyna młodszego nowych dźwięków. Tańczyć we troje przy hitach eremefowych usypiając potomkinię. Śpiewać co rano na widok uśmiechniętej mordki dzień dobry, kocham cię! Chodzić na spacery do miasta, jeść pyszne lody trójkowe, iść przez wieś i na drodze spotkać byka. Z zachwytem patrzeć w wysokie płomienie ogniska. Napawać tamtejszym zapachem, jedynym, niepowtarzalnym. Niby tym samym co rok wcześniej, ale innym, bo pierwszy raz z nią. Obserwować jak małe ślepka chłoną zaokienną zieleń, jak łapki badają kwiaty i liście.

    Widzieć tamten czas jej oczyma.





    Być mamą w towarzystwie innej mamy. Służyć radą, doświadczeniem tylko ciut dłuższym. Niewiele większym. Najpiękniejsza, najważniejsza i najbardziej wykańczająca rola w życiu. Deficyty snu nie zawsze rekompensuje uśmiech dziecka.


    ***


    Milion zdjęć, nie ogarniam. Chyba ze trzy tysiące już, a to dopiero piąty miesiąc, ratunku!


    Plan jest taki, żeby pouzupełniać posty zdjęciami, żaby nie pogubić chwil. A wciąż wydaje się, że nie zapamiętam, nie zdążę, że uciekną...

    Kocham moją pamięć zapachową.



    ***


    Koniec wakacji pachnie zachodzącym słońcem, dymem z papierosa, chłodem zmierzchu. Szeptem, pocałunkiem, wieczornym kinem. Stygnącą ziemią, mokrą trawą, mruczącym kotem. Winem, urodzinami L., jej kuchnią tu i tam. Ciemnym morzem, zimnym piaskiem, ostatnim drinkiem.
    Wtedy.

    Gorącą kąpielą, przytulasami i słodyczą mleka cieknącego jej po policzku, gdy zasypia.
    Teraz.



    Zapamiętam.

    poniedziałek, 11 sierpnia 2014

    34. żadne tam oby...

    No oczywiście, że wszystko ok, a jakże by miało być inaczej!

    Dziewczę energiczne, bystre, żadnych wad neurologicznych, opóźnień, za to dużo umiejętności na zapas. Te przewroty na brzuch, przesuwanie do tyłu, siadanie - jak 7-8 miesięczniak.

    - Na zimę to ona już będzie chodziła... - pękliśmy z dumy.


    Pieluchowe Zapalenie Mózgu trwa nadal. Ciekawe czy to tak na całe życie zostaje? Czy przy drugim ssaku lekko się uspokaja?


    Ale też...
    Chcę na masaż!
    Chcę do kina!
    Chcę spać 10 godzin bez przerw!
    Chcę siedzieć bezmyślnie w internetach albo oglądać seriale całe dnie!

    - E, już chcesz znów w ciąży być?...


    Yhy, z Pełzakiem u boku to na pewno byłaby taka sama leniwa ciąża.




    No i niesprawiedliwością jest, że rodzice-dziadkowie nie dają dzieciom-rodzicom już prezentów jak kiedyś. Teraz na wszystko kładą swe oślinione łapska wnuki-dzieci. I nie słuchają nas. No chyba, że w zdaniu pojawi się Aluta, to wtedy słuch się wyostrza.


    A jutro Wielka Wyprawa.
    Będzie dobrze!

    piątek, 8 sierpnia 2014

    33. ósmy dzień ósmego miesiąca


    Miałam wenę, ale zgubiłam.


    ...



    Fajnie mają niemowlaki, że tak sobie tymi drzemkami porządkują w głowie wszystko.
    Młoda wciąż jeszcze uskutecznia ich 4 w ciągu dnia. W upały przestawiła się na trzy, nawet dwugodzinne. No ale któż by wyrobił bez spania w tych ponad trzydziestostopniowych temperaturach? Chyba tylko rodzice-masochiści. To nie do pojęcia normalnie, że ja - największa fanka spania ever - zamiast regenerować się wraz z nią, gapię się jak śpi.

    Pieluchowe Zapalenie Mózgu.

    Cóż począć?

    Drugą taką samą, a co?...


    Ahahah
    Hahah
    Hah...



    Mamy w tej chwili w domu Piszczącą Gąsienicę Pełzającą W Tył.
    Wściekającą się, jojczącą, niezmiennie żalącą się Klulikowi.

    I znów zaciskającą te pięści. Główka w tych dniach jakby odpuściła.
    Leżenie na brzuchu dużo daje.
    Oby do poniedziałku, a potem oby do 24 września.



    A może by na urlop?


    piątek, 1 sierpnia 2014

    32. dzień zaczął się o 5:13


    ...a o 5:42 dziewczę postanowiło pokazać nam, że dwa dni treningów wystarczyły, żeby samodzielnie przewrócić się na brzuch. I jarzyło się w zachwycie do 6:21, gdy nie było już możliwości ucięcia sobie drzemki dobudzikowej. Przez nas, nie przez nią, ofkors. Ona zasnęła jak anioł.

    No oczywiście, że obudziłam ją o 7.

    No oczywiście, że wyspana glizda mała pierwszą kimkę uczyniła pietnastominutową zamiast, standardowo, półgodzinną.


    Zjadłabym ją jak tak leży goluśka na łóżku i zastyga podczas miziania z lekkim uśmiechem.
    Ale jest za gorąco, żeby jeść.
    Pewnie kiedyś pożałuję, że nie zjadłam jednak.



    Kocham.
    Kocham.
    Kocham,

    wtorek, 22 lipca 2014

    31. iii siedemnaście!


    Wspólne kąpiele w dużej wannie i to, jak rozjaśnia się jej buziak, gdy zaskoczy, że to już za chwilę. Że za sekundę zanurzymy się w głębokiej ciepłej wodzie. Że będzie można pluskać się i chlapać i wsuwać stópki pod strumień wody.

    Jeny, w życiu nie myślałam, że będę w takim miejscu, mentalnie. Że będę nieustannie nią zachwycona. Że tak szybko uciekają z pamięci to krótkie gorsze momenty. Że pomimo zmęczenia i niekiedy totalnego nieogarnięcia, jej bezzębny uśmiech wynagradza wszystko.


    To jak szybko się uczy, jak chwyta zabawki, jak w skupieniu wysuwa język mocując się z superinteresującą metką od sówki. Jak posapuje, gdy huśtawka unosi nas w przód, do góry. Jak omiata wzrokiem migający przed oczyma świat, gdy tańczymy po porannej drzemce. Jak śmieje się ze mnie gdy śpiewam wymyślając teksty piosenek, których nie znam. Jak zamiera, gdy czyszczę jej uszka. Jak zasłuchuje się w mój szept i wczuwa w dotyk, gdy opowiadając co robię całuję nagie ciałko. To jak...

     Tak bardzo chcę te chwile, obrazy, zapachy zatrzymać, nie zgubić, zapamiętać.


    Wiedząc to wszystko co wiem teraz, nigdy nie czekałabym tak długo.



    A dziś tańczyłyśmy przy tym:

    wtorek, 8 lipca 2014

    30. jakie trzynaście? piętnaście!


    Czas pędzi jak oszalały. Jeszcze w niedzielę prawie nieustannie zaciśnięte piąstki, a już wczoraj skubanie Tatulowych włosów na rękach i białych znaczków spodenkowych.

    Nie mogę się na nią napatrzeć, na zachwycać. Gdy śpi oczywiście. Lub gdy gada jak najęta czy śmieje się wstydliwie odwracając głowę w prawo. Wiadomo, że gdy tak jak wczoraj, w ten upał przeklęty, złości się i płacze, jak złościć się i płakać chciałoby się i mnie - mam chęć wystawić ją za drzwi. Ale ta chęć mija tak szybko jak przychodzi.

    Niewiarygodne jak zmienia się z dnia na dzień. Co i rusz szukam w jej buzi śladów tamtego malutka, drobiny takiej, i znikają mi gdzieś. A jeśli prawie sześciokilogramowy trzymiesięczniak wydaje mi się w tej chwili nie do poznania, nie do porównania z tamtym ważącym niespełna trzy kilo kurczakiem, to co będzie za miesiąc? Rok? 10 lat?

    Jak niesamowicie zmienia się optyka, gdy zostaje się mamą. Jak nagle zaczyna się rozumieć te inne, których opowieści, jeszcze w ciąży, kwitowało się powątpiewającym uśmieszkiem.

    A teraz sama tęsknię za nią jak szalona, nawet gdy śpi. Że o wyjściu z domu na dwie godziny nie wspomnę. Nie wiem doprawdy jak mam włosy do ładu doprowadzić nie wychodząc z domu. Może wziąć ją po prostu i uwiesić sobie na cycku. A co.

    Jezu, najgorsze, że czasami zapomina się tego cycka schować i można na przykład wyjść z pokoju dla matki z dzieckiem w CH z rozchełstaną koszulą. Ojtamojtam. Co, może ludzie w życiu cycka nie widzieli?...

    Chaos trochę. Tak ogólnie w życiu, w myślach. To prawda co mówią, że stając się matką już na zawsze stajesz się rozdarta (chciałam napisać rozwarta!). Bo z jednej strony czuję, że mnie rozpiera od środka, to uczucie do niej, ta czułość, troska, pragnienie ponad wszystko, żeby było jej jak najlepiej. A z drugiej wciąż jeszcze walka o siebie, motanie jak w potrzasku. O chwilę bez niej. Dla siebie.

    Ale bez niej mnie nie ma. Już nie ma mnie tamtej, sprzed niej.


    No.
    I znów tęsknię!
    Bo śpi tam samiuśka, a ja tu klikam.
    Bez sensu klikam, bo i tak zapominam i płynę, zamiast trzymać się tego o czym pisać miałam.
    Że trzeba zapisywać, bo szybko ulatuje.

    To jak się śmieje.
    Jak ssie całe pięści, nie mogąc się zdecydować która smaczniejsza.
    Jak cieszy się, gdy gugamy w jej języku.
    Jak rozmarza w kąpieli.
    Jak zachwyca drzewami i jak błyszczą jej wtedy oczy.
    Jak w skupieniu marszczy brwi.
    Jak zasypia na naszych rękach, na plaży czy podczas tańca, na spacerze czy w domu, nieważne gdzie, ważne, żebyśmy byli blisko.
    Jak pachną jej włoski i te zagłębienia w szyjce.
    Jak nocą wtula się we mnie.
    Jak mruczy i posapuje przy piersi, jak trzyma na niej łapkę.
    Jakie to uczucie, gdy po przebudzeniu wita nas najpiękniejszym uśmiechem świata.

    Tego się nie da opisać.
    Chcę to pamiętać.

    Te miliony zdjęć, które jej robimy? To wciąż za mało.
    Chcę mieć to wszystko na twardym dysku mojego mózgu. Każdy szczegół. Każdy zapach. Każdy dźwięk.


    Nie wiedziałam, że można kochać aż tak.


    wtorek, 24 czerwca 2014

    29. trzynaście tygodni od tamtego wtorku


    Nie wiem kiedy to zleciało, nie wiem.

    Że jutro 3 miesiące? Jak to możliwe?

    Że już guga, że gada z nami, że uwielbia jak Tatul robi gołąbka i śmieje się w głos?
    Że robi podkówkę tak słodko i rozmaśla nas niemożebnie? 
    Że podciąga się, trzymając nasze palce łapkami, i podnosi prawie do stania?
    Że kula z pleców na boki, że trzyma łeput wysoko leżąc na brzuchu?
    Że wgapia się w telefon lub obiektyw aparatu, gdy robimy jej miliony zdjęć?

    Że najcudowniej na świecie uśmiechnęła się na prezencie dnioojcowym rozczulając Tatula na wskroś.

    Że kocham nad życie i nie wyobrażam już sobie świata bez niej.




    Chociaż wciąż zdarza się chęć oddania jej pod opiekę dzikim kotom na sawannie. Ale tak już będzie zawsze, prawdaż.

    sobota, 7 czerwca 2014

    po dwudzieste ósme: już nie chce mi się pisać słownie po które


    Plaża z dwumiesięczniakiem zaliczona. Dwie godziny naszego ukochanego relaksu.
    Bez leżenia plackiem wprawdzie, ale plaża to plaża, co nię?

    Dziecko plażowe wychowamy, będzie, jak Tatulek w dziecięctwie, pety zjadać z piachu. Lecz pety w dzisiejszych czasach na pewno lepsze niż 35 lat temu.

    W ogóle od wczoraj - ku pamięci: 10tyg. i 3dni - mamy już naprawdę dorosłe dziecię. Dziecię leżące w wibrującym leżu bądź koszu nawet 40min! Leżące! Samo! Bez noszenia i kitwaszenia. I śpi w nocy już od dawna. Wprawdzie nie sama, nienienie, ale śpi! I my śpimy.

    A jak zacznie zasypiać beze mnie, to będę ryczeć. Na bank.

    wtorek, 20 maja 2014

    po dwudzieste siódme: kiedyś się wyśpię, wyśpię sięęę...


    ...ale jeszcze nie w tym półroczu, jak sądzę.

    Ale nic to, nie ma tego złego.

    Przy wspomaganiu córki w kupotwórstwie, o 1:17 bądź 4:21, można poćwiczyć mięśnie rąk i pleców.
    Przy usypianiu między 19:32 a 22:08 można na raty obejrzeć Greys'y bądź poczytać Hitlera.
    Można też nauczyć się, tak o - od niechcenia, kołysanek, spłakać się przy nich i ochrypnąć, nie robiąc przy okazji większego wrażenia na Aluszce.

    A w czasie porannej Smoczej drzemki, miast złożyć głowę obok niej na podusi i wsunąć nos w pachnące włoski, można się spocić przy Shaunie i wyzionąć ducha.

    Taka logika matki.



    Zresztą - miałam 35 lat, żeby się wyspać, więc bez przesady.



    A Alucie strzela dziś 8 tydzień. Starzeje mi się dziecko.
    Z boku na plecy się przewraca. Oczami łypie, zezuje, wzrok skupia na zabawce przez 12 sekund. Uśmiecha się do nas bezzębnie, trochę jeszcze nieświadomie.

    I rozmaśla nas niemożliwie.



    Poza momentami, gdy chcemy ją oddać bezdomnym, oczywiście.







    czwartek, 15 maja 2014

    po dwudzieste szóste: plan wykonany!


    Oczywiście, że plan się powiódł, co to za pytanie.
    Nie w każdym punkcie.
    W jednym właściwie.

    Ten punkt to: CHLUST!

    Chlust na nową merbau'ową podłogę dokładnie o 20.00, 25. marca. W dzień meczu!
    Córka Jeszcze Wewnątrz Brzucha zawróciła Tatula Kochanego z drogi na pasjonującą rozgrywkę ligową 5 minut po jego wyjściu w domu. Postanowiła odkręcić wodę i opuścić ciasnotę brzuszną dwa tygodnie wcześniej. Trudno, co zrobić. Cytując me słowa: "...bo któż o zdrowych zmysłach życzyłby sobie zostać dzieckiem smoleńskim?...".

    A wspominałam, że tego dnia auto do warsztatu wstawione zostało?...

    No.
    Zawrócił więc chłopina, pomógł dygoczącej mnie zapakować się do wanny. Po czym dreptałam krokiem kaczki po mieszkaniu w tą i nazad w poszukiwaniu brakujących elementów torby porodowej. Rodzina lekutko wnerwiała mnie radami swymi. Rodzina albowiem przybyła natychmiast, choć prosiłam, żeby posłużyli autem najwcześniej 45min od chlustu. No i pojechalim!


    Podczas przyjęcia na oddział pogadałyśmy z położnymi o kotach, bo szczęśliwie na kociary trafiłam, a o czym tu gadać w takiej chwili jak nie o tym, co pieszczoszki nasze wyprawiają.

    Potem ktg, skurcze - nuda.

    Jako, że Młoda w dupie świat mieć się okazała, mus był ciąć po cesarsku. Nie powiem, lekko mi ulżyło, że  to jeszcze tylko kilka chwil i bez bólu się obejdzie. O naiwna ja...

    Pierwszy hardkor to zakładanie cewnika. Bez znieczulenia... heloł?
    Drugi hardkor, łagodzący jednocześnie upierdliwość pierwszego - igła w kręgosłup.

    - Pani się pochyli bardziej, bardzo proszę...
    - Yyy... (sama się pochyl bardziej z piłką zamiast brzucha!)
    - Czuje pani lewą nogę?
    - Yhym...
    - Oj, to kłujemy jeszcze raz, momencik...
    - Yrrghryyy...
    - A teraz?
    - Teraz nie mam nóg, właściwie to nie mam nic oprócz głowy, rąk i cycków. Lubię to!
    - No to zaczynamy!

    No i zaczęli.
    I po chwili, nad parawanem, ukazało się łypiące na mnie oko.

    Smocze Oko.
    Jej Oko.

    Widok, którego nigdy nie zapomnę.



    środa, 5 lutego 2014

    po dwudzieste piąte: projekt - matka


    Plan mam, a jakże!
    Żeby nie było wątpliwości, żeby Natura wiedziała, że mam swoje zdanie na ten temat:

    15:00 chlust!
    15:17 po odwinięciu się ze zwinięcia skurczowego podążam myć włosy oraz się
    15:31 maluję sobie twarz, bo w końcu trzeba jakoś wyglądać - do ludzi wszak idę! (taaa, idę, mhm, maszeruję może w ogóle!... bujam się jak kaczka, ot co! huśtam jak mama kangurzyca.)
    15:39 sukienka, sweterek, sandał (albowiem będzie już 15 stopni!)
    15:47 szybki przegląd torby
    16:00 jadziem!
    16:18 zakwaterowanie
    16:28 sapię
    16:41 dyszę
    17:19 klnę
    17:27 charczę
    17:36 piłka
    17:52 worek sako
    18:09 prysznic
    18:39 siłą wyciągają mnie spod prysznica
    18:43 nie prę
    18:57 prę
    19:00 AAAghAAAuuu!

    No.
    Także, żeby była jasność - tak to ma wyglądać.
    I ani minuty dłużej.
    Rzekłam.



    ***


    A jeśli chodzi o sny, to to wszystko prawda co mówią. Żaden scenarzysta esefek nie wymyśliłby fabuły lepszej niż ciążowa głowa. Żałuję, że nie wymyślono jeszcze czytnika do zrzucania myśli i majaków sennych na dysk, celem ich późniejszego, przytomniejszego przejrzenia. Bo cóżże mi po tym, że minutę po przebudzeniu pamiętam, a 37 sekund później mam pustkę. Bo to wszystko prawda co mówią: w ciąży nie ma pamięci, w ciąży mózg jest w brzuchu.


    Jednak są też prorocze sny, jasne i łatwo zapamiętywalne o dziwo.
    Ale na wszelką wszelkość zapiszę, aby później porównać: urodzi się 28 marca, będzie miała czarne włosy, a na imię Karolina. No wiecie co... Karolina? I skąd te włosy, gdy mamunia do drugiego roku życia była łysa? Z marcem się zgadzam ewentualnie, choć wolałabym jednak te sandałki i sukienkę. No i 14.04.14 byłoby fajną datą.


    Słyszysz, Moja Panno?
    ...blurp...szluuuum...buch w jelito!...


    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...