środa, 26 października 2011

po siedemnaste: daj kurze grzędę

   A jak ja beczę na przykład na tym, dajmy na to, Pi.es.ajlowju, od początku do końca, to potem nie wyglądam jak te aktorki wszystkie płaczące w filmach. Że mają tylko zaczerwieniony słodko czubeczek noseczka, a te łzy jak grochy to im absolutnie nie rozpuszczają makijażu, o nie-e. One po prostu mają inny skład chemiczny łez, ot co. I w ogóle są inaczej zbudowane jakoś. Że im oczy nie puchną i nosy nie stają się błyszczącymi burakami. No nie wiem czy to jest sprawiedliwe. Nie wiem, nie wiem...

   Albo poranki w filmach... Bo człowiek normalny jak się obudzi, to chwilę mu potem zajmuje natarcie się tymi wszystkimi kremami i balsamami, zarobienie sinych worów podocznych i uplecenie warkocza. A nasze bohaterki co? Mają firmowo zmalowane lico i firany rzęs, od pierwszego o poranku tymi rzęs machnięcia. Zresztą nie jest to znak naszych czasów, nie nie nie, jest to fakt znany nie od dziś. Albowiem już Alexis budząc się co rano miała od razu tę swoją wyfryzowaną trwałą i nieskazitelny makijaż ust. A Kristel srebrną grzywę.

   No i nigdy nie sikają rano, wiadomo. Bohater wyskakuje z łóżka bohaterki (albo odwrotnie) po nocy upojnej (winem i chucią), zakłada na goły tyłek dżinsy i wybiega. BEZ SIKANIA. I biegnie na przykład do metra lub łapie taksówkę i jedzie siedemnaście przecznic.
Nie wiem jak oni są zbudowani, ale ja też tak chcę! A nie, że na ostatnich nogach dopadam o szóstej rano nieprzytulnie zimnego kibelka, gdyż dźwięk budzika=siku. Jak pies Pawłowa, naprawdę... Właśnie, jedyna scena z sikaniem (albo nawet dwójkę - nie było to do końca wyjaśnione) jaka przychodzi mi teraz do głowy to to, jak w Brusie Olmajtim pies czytał gazetę na kibelku. Bohaterowie filmowi nie mają układu wydalniczego, dam sobie za to rękę uciąć.

   Nie sposób nie wspomnieć też o - nie bójmy się tego słowa - ejakulacji. Bo kto kiedykolwiek zanotował, żeby bohaterowie dzikich harców zawracali sobie głowę tym co, za przeproszeniem, on w niej zostawił? On po prostu się wysuwa, albo ona z niego złazi i nic. Koniec.
Mam cztery wersje zdarzeń: 1. bohaterowie mają orgazmy bezwytryskowe; 2. bohaterowie nie mają orgazmów; 3. bohaterowie używają prezerwatyw, ale po stosunku ich nie ściągają; 4. bohaterowie wszystkich filmów uprawiają seks na gumowanych prześcieradłach.

   Głębokimi pocałunkami z jęzorem od razu po otwarciu oka o poranku to już nawet sobie głowy nie zawracam...

   Filmy są jakieś łatwiejsze logistycznie.

niedziela, 23 października 2011

po szesnaste: słoneczne przymrozki

   Koty patrzą na mnie z bezbrzeżnym zdumieniem i niewątpliwą pogardą za każdym razem, gdy wącham rozgrzane parapetowym zaokiennym słonkiem ich kudłate stopy. Nie wiem doprawdy co w tym dziwnego... One na przykład potrafią o 3:58 wąchać mi oko, soł.

   Niemąż mówi, że kocie stopy pachną chomikiem, ale jakoś nie wierzę w jego kompetencje w tych sprawach, gdyż jego chomik popełnił samobójstwo skacząc z ósmego piętra... A kocie stopy pachną po prostu rozgrzanym futrem, myślę, że tak może pachnieć grzywa lwa. Chyba, że przed chwilą tarzał się w rozbebeszonej impali, to wtedy nie. Ale normalnie to bankowo tak pachnie.

piątek, 7 października 2011

po piętnaste: jabłko z cynamonem

Fervex wypiłam.

I dokładnie w tym samym momencie przyszło mi do głowy, że szkoda że nie dane mi będzie porządnie pogryźć tej pysznej kanapki, którą dzierżę w dłoni, gdyż albowiem za sekundę stracę przytomność.

No ale już trudno, przynajmniej wypędzę te demony, które bolą mi gardło oraz zagilowują nos, ha!

wtorek, 4 października 2011

po czternaste: koc na kocie

Spałabym. Wiecznie bym spała. Wstaję, budzę się w sensie że, przed budzikiem i ziewam. I już bym się położyła. I pospała.

Idę do tej fabryki i ziewam.
Jem kanapkę - ziewam i wypada mi z ust ogórek, a ja ogórki bardzo bardzo i jak mogę je stracić, to się zamartwiam i mam dylemat, że czy jak pięć sekund nie leżało to można z podłogi.
Siedzę na fejsie - ziewam. No chyba, że niespodziewana wiadomość jakaś wzniosła, to się ożywiam na trzydzieści siedem sekund, wzniecam się, znaczy. Ale po chwili już co - ziewam.
Potem listy sobie od dziewcząt odbieram elektroniczne, i ziewam. Nie żeby nieciekawe były. Bo się umawiamy na piachu po raz trzynasty w tym roku, a piach już w październiku bywa zimnym kąskiem dla wilka, więc ambaras. Bo my tylko na piachu. Bo ze strony społeczeństwa nie mamy oparcia ni zrozumienia niestety.

Wracam styrana robotą i ziewam. Macham w rytm muzyki kolorową torebunią, aż mi błyszczyk z niej wyleci, schylam się i mogę sobie ziewnąć przy okazji. Przez park idę, sandałami w liściach szuram aż mam stopy czarne, bo szuram też alejki za jednym zamachem. I ryjec mi się śmieje do słonka w tych liściach kolorowych i ziewam znowu, kurde, ze szczęścia chyba, albo nie wiem z czego.

Teraz też ziewam, a powinnam gary pomyć.

Ale wole ziewać.
I pójść spać.
O dwudziestej pierwszej.
I spać dziewięć godzin i się nie wyspać.
I ziewać.

Chciałabym zarabiać na życie ziewaniem i spaniem - byłabym zyliarderką.

poniedziałek, 3 października 2011

po trzynaste: nie wytrzymam!

Kurew mnie trafia, kurew najjaśniejsza, na te zdanżania i w(y)łanczania wszechobecne.

Bo jeszcze takiego szczypiora to opieprzę, że "durniu! czy ty masz w domu włanczniki światła, czy telewizora? Nie masz? To co włanczasz, kurwa, tak uparcie?"

Albo "wziąść"? No bo skoro wziąść, to i braść, co nie? Braść łyka coca coli, kurwa...

Albo "w roku dwutysięcznym piątym"... Czyli, że co? "Urodziłam się w roku tysięcznym dziewięćsetnym siedemdziesiątym którymś, tak? A nie przypadkiem w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym którymś? No właśnie! To co to u diabła jest ten dwutysięczny piąty zamiast dwa tysiące piątego?...

Dżizaskurwajapierdole... - jakby to rzekł Miauczyński Adam.

sobota, 27 sierpnia 2011

po dwunaste: ja chcę na sanki!

   Umarłam dziś i wyzionęłam ducha.

   Ta, wyzionęłam... Wyzionywam (wyzionywuję?) go od około 14:17, kiedy to straciłam przytomność na ręczniku plażowym po wypiciu jednego cudnie zimnego Gingersa, który był zimny przez 8 minut, a następnie postanowił zlać się z otoczeniem i przybrać postać trzydziestodwustopniowejlepkiejnicości. Być może lepiej by się to skończyło gdybym, gdy chwilę wcześniej w radosnych pląsach udawałam się w objęcia morskich fal, nie postawiła go na słońcu. Być może.

  Dziś jest taki dzień, że gdybym spędzała go we fabryce, to dostałabym kociokwiku oraz apopleksji. A tak, to mam tylko udar, porażenie oraz gorące stopy. Nienawidzę gorących stóp. Nie radzę sobie z nimi w ogóle. Mogłabym niby spędzać z nimi czas w misce z lodowatą wodą, jest taka opcja, bardzo kusząca nawet. Lecz zaraz bym ją wylała (wodę, nie opcję) na tę sofę, z której nie podniosę się chyba do środy, ona (woda, a potem wilgotna sofa) by się podgrzała od mojego zudarowanego organizmu i znowu byłoby mi gorąco. Więc przewidując przyszłość tak sobie leżę, jojczę i nienawidzę lata gorącującego moje wiecznie zimne, ukochane stopy.

  Dlatego życzę sobie śniegu i mrozu! I wełnianych skarpet na zmarzniętych stopach. I mejkapu robionego gdy jeszcze ciemna noc. I powrotów do domu gdy już ciemna noc. I pierwszego dnia w ukochanych kozakach. I pachnących zimą szalików!

  A wcześniej wichur, spadających kolorowych liści i szurania w nich ubłoconymi buciorami. Słońca z jednej strony szyby, a z drugiej zimnego nosa.

  No a najwcześniej to tej burzy, co ją mają teraz w Wejherowie i która ponoć już zaraz nadejdzie i nas tu porządnie wygrzmoci! No ja myślę!

sobota, 13 sierpnia 2011

po jedenaste: lipiestopad i ssierpień

   Koty leją.

   Leją wszędzie gdzie tylko wlezą. Leją na książki, kosze z brudną bielizną, za kuchenki i do doniczek z tujami. Leją na dywany, parkiety, pufy i stoliki kawowe. Leją na parapety, do klocków lego, na pluszowe misie i krzyżówki. Leją na fotele, na wieże stereo, aparaty cyfrowe i telefony. Leją na lodówki, do butów, na płaszcze i na własne drapaki. Leją na drzwi wejściowe, do miski ze świeżo upraną pościelą i na rysunki dzieci. Leją codziennie lub kilka razy w ciągu nocy.

   Po lekturze tychże przypadków z miejsca wybaczam tej małej kudłatej mruczącej małpie. Za to, że leje góra trzy razy w miesiącu. Że leje w z góry upatrzone miejsce. W sam środek dwumetrowego łóżka. Dokładnie między podwładne jej organizmy ludzkie.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

po dziesiąte: po porodzie baby się nie bodzie

   Kobiety na wsi rozpoczynają niedzielę od delikatnego drineczka, tak na rozgrzewkę, z samego rana - minutkę po południu. Machając nuszkom i delikatnymi wachlarzami rzęs, prawią sobie komplementy żując części martwych kurcząt. Delikatnie pląsają w ulewnym deszczu, nie bacząc na rozmazane powieki, w kierunku lodówki z zapasami lodu i soków różnorakich. Unoszą delikatnymi dłońmi szklanice z nielejmipółnapółwariatkoboumrę! przegryzając ogórkiem kiszonym upieczoną kaszę z krwią. Delikatnie zawijają jojczące dzieci w kokon z mięciutkiego koca w drodze po zobaczciedziewczynynowąprzyniosłam! Oddają się rozkoszom ploteczek urodowych wycierając delikatną chusteczką oblany jak zwykle dekolt, a także chichoczą radośnie, że już zaraz sylwester i kulig!

   Kobiety są bardzo delikatnymi stworzeniami i dlatego właśnie pomroczność kacowa dopada je delikatnie już około 22:37 tego samego dnia tygodnia siódmego.

piątek, 5 sierpnia 2011

po dziewiąte: chcę mieć nogi jak Cameron Diaz

   ...więc może pojadę do Azjatowa sobie je o pół metra wydłużyć łamaniem. Ale nie wiem jeszcze na stówę.

  A póki co chciałabym zakolegować się z jakąś taką zupełnie inną dziewuchą. Taką z nogami jak sarenka i metremosiemdziesiąt (wzrostu oczywiście, nie nóg samych - głupio by wyglądała taka sarenka przecież...). Taką krótkowłosą brunetką z czarnymi oczyskami, naturalnie podkręconymi rzęsami i nieskazitelną buziulką. Taką z cyckami Dody i tyłkiem jak orzeszek. Taką, która spadek ma po dziaduniu miliardowy. Taką z domkiem na wsi i apartamentem nad morzem. Taką z hodowlą kotów bengalskich i dogów arlekinów. Taką, która ma w łazience Sephorę, a w bibliotece Empik...

   Matko, jak ja bym ją sobie szczerze nienawidziła od pierwszej sekundy i na wieki! Emocje bym miała w życiu!... A tak to tylko mi ta Cameron ciągle po głowie chodzi (tymi nogami!). Ale ona jest blondynką, więc wygląda jak ja, więc bez sensu. Poza tym na bank też nie hoduje bengali, więc bez sensu podwójnie...

czwartek, 4 sierpnia 2011

po ósme: kot odpyskowuje na kichnięcie

   Zawsze miałam taki odruch, nie wiem czy nie-bezwarunkowy, że zasypiałam żeby uniknąć.

   Np. w minutę po pojawieniu się w poczekalni i odnotowaniu przez mamę kto następny do zastrzyku z penicyliny w dupę - spałam snem kamiennym. Spałam pod gabinetem dentystycznym i gdy nie chciałam iść nad jezioro z kuzynką. Spałam, gdy pani miała pytać z tabliczki mnożenia, a ja nie byłam pewna razysiedem. W liceum zasypiałam na fizykę i odlatywałam na chemii, tu jednak jestem usprawiedliwiona, bo nie spałam sama, tylko z dwiema koleżankami...

  Spałam, gdy wiedziałam, że zaraz zadzwoni matka przyjaciółki, z wiadomością dla matki mej, że otóż wcale nie miałyśmy z dziewczynami domowego party, lecz o 6 rano wróciłyśmy z partyline, o czym nie omieszkał donieść jej brat, syn czyli. Spałam, gdy musiałam uczyć się do egzaminów i gdy nie chciało mi się jechać na odległą imprezę urodzinową taksówką. Spałam, gdy miał mnie odwiedzić kolega z którym byłam umówiona od dawna, ale się odkochałam...

   A teraz śpię (a jak nie śpię, to przynajmniej ziewam śmiertelnie), gdy pomyślę, że do końca urlopu już tylko niecałe dwa tygodnie. Ależ jestem teraz nudna...

wtorek, 2 sierpnia 2011

po siódme: naucz się pływać przez internet

 Jest to zdecydowanie oferta godna zanotowania:

(źródło: cuppon.pl)

"47zł zamiast 197zł za bon na absolutnie niepowtarzalny kurs "Jak nauczyć się pływać w 1 dzień? (a jeśli juz umiesz, to jak nauczyć inną osobę?)"

Spełnij swoje marzenia! Naucz się pływać!

W końcu możesz nauczyć się pływać i to w 1 dzień. Sam lub w asyście znanej Ci osoby. Poznaj unikalną i bezpieczną metodę nauki pływania na płytkiej wodzie. Poziom trudności jest porównywalny z kąpielą w wannie.

Jeżeli się wstydzisz, to wiedz, że nikt nawet nie będzie wiedzieć, że się uczysz. Bowiem wykonując proste ćwiczenia chodzenia po dnie na płytkiej wodzie, będziesz wyglądać jak pływająca osoba.

Poznaj autentyczną opinię:

"To niesamowite! Jak już panu pisałam, na basen przyjeżdżam od końca maja i uczyłam się pod kierunkiem trenera... - nie udało mi się! A z pańskim kursem i radami wystarczyło mi pół godziny. Niby taki drobiazg a jak ważny; odpowiednie zanurzenie! Dziękuję za ten kurs! Teraz wierzę, że i wnusię nauczę pływać! A może i zięcia uda mi się namówić?... Wracałam z basenu jak "nowa"! Czuję się świetnie! (Mimo swoich 66 lat i tylko jednej nogi!). Pozdrawiam serdecznie! Nina Jakóbczyk


Kurs stanowi nagranie video (45 min). Wraz z kursem otrzymasz za darmo sekret (video) "Jak bezpiecznie, w domowych warunkach, przezwyciężyć strach przed wodą i w 90% nauczyć się pływać?".


Niepowtarzalny kurs, w niepowtarzalnej cenie. Dostępny tylko teraz..."




   Matko, co ja bym dała za ten sekret...

   Ale ważniejsze jest to, że mam takie jedno marzenie. Życzę sobie albowiem... ale tak bardzo bardzo! tak mocno, najbardziej...
 ... żeby każdemu kretynowi, który kiedykolwiek rozbił butelkę czy inne szkło - na plaży/w trawie/w zbiorniku morskim lub innym, czyli tam gdzie normalni ludzie stąpają bosą stopą swą - opatrzność upierdoliła łapy przy samej dupie. Lub żeby mu się w tę dupę, w sam jej środeczek, wbiła kawał szkła. Takiego postrzępionego najlepiej.

   Nie nie, nie wlazłam na szklany strzęp ostatnio, w ogóle to chyba raz w życiu tylko... Takie mam po prostu przemyślenia po każdym marszu przez plażę. Po każdym marszu, który polega na delikatnym stąpaniu po piasku, wyślepianiu się weń i wyciąganiu co parę kroków różnokolorowych odłamków. I ja rozumiem kolor zielony lub brązowy butelkowy, ale bywają też przezroczyste - cieniutkie jak szklanka. Bo ja rozumiem, że pijany pojeb ma mnóstwo nerwów i po prostu musi tę butelkę potłuc. Ale ta szklanka? Żeby herbata go tak rozwścieczyła? No doprawdy...

   No w każdym razie im życzę tego co powyżej, a sobie dzisiejszej wygranej w totolotka.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

po szóste: ile kot ma w kłębie?

   Gdy śpię na plecach, to koty zajmują mymłon, klatę i twarz, przez co budzę się nieprzyzwoicie wyprostowana i moje plecy, które zdecydowanie wolą garba od wyprostu, są zdewastowane przez wcale niemałe15kilokota. Pozycja brzuszna rozkłada ową masę na nogach, pupie i karku, przez co o poranku cierpię na niedowład nóg, skręconą szyję oraz zmiętą jednostronnie twarz. Szczęście w nieszczęściu, że nie mam cycków, bo po takiej nocy wyglądałyby, myślę, jak pogniecione rajstopy wypełnione piachem... Podczas spania na boku sierści opanowują biodro, kąt podkolanowy i staw łokciowy. Kończy się to, jak łatwo można wywnioskować, zwichnięciem stawu biodrowego, sztywnością kolan, mrówkami w ramieniu i zgniecionym dekoltem.

   Nie wiem doprawdy kto rozpuścił plotkę, że koty kładą się na miejscach chorych, by je wygrzewać i leczyć. Moje spędzają na mnie uparcie całe noce, a przecież powszechnie wiadomo, że jestem całkowicie zdrowa. I młoda. I piękna.

niedziela, 31 lipca 2011

po piąte: wygodne majtki z ozdobnym kamykiem

   Bo reklamują się w Lidlu. A pani aktorka cała w pląsach pomyka po mieszkaniu w tychże pod dresem. Ja może jestem dziwna, ale chyba musiałoby mnie popierdolić, żeby pod mięciutki domkowy outficik wdziać gacie i stanik, choćby nie wiem jak bardzo wygodne. Po co, pytam się? Czy moje dupacyckidupacycki nie zasługują na odrobinę wolności od codzienności? Wiadomo przecież, że nie stawię się w fabryce z cyckami powiewającymi pod luźną koszulką, ale na boga - stanik po domu? Opanieludziemylipanstwo...

   A jeśli już jestem w po domu. Przypuszczam, że jednak jestem mężczyzną, gdyż na pierwszy sygnał bolącego gardła czy zatkanego nosa w jednej sekundzie dostaję przykurczu, wiszę na meblach i jak królowa angielska zaciągam story (których nie posiadam). No jestem taka słaba, że naprawdę... O, albo na przykład ostatnio wstałam sobie i wtem się okazało, że mam okolice oka wielkości opony,  no i natychmiast musiałam wrócić do łóżka z przepaską, a następnie słaniałam się parę godzin dopóki nie odzyskałam pełnej sprawności.
  
  Natomiast na migrenę do obrzygu i kręgosłup bolący garbaty zupełnie już nie reaguję, bo kto by sobie codziennością dupę zawracał, prawdaż.

sobota, 30 lipca 2011

po czwarte: bo nie jestem zbyt mądra

   Przypomniało mi się dzisiaj, jak parę lat temu jakiś ważny pan w Trójce prawił, że opozycja dmucha w dziurawy balon. No i nie wiem za bardzo jak to rozumieć i nie pamiętam kto był wtedy opozycją. Wiem natomiast, że ta teraźniejsza robi na mnie ogromne wrażenie trailerami przedwyborczymi. Chociaż słyszałam, że w tym roku nie ma kampanii w mediach, ale co ja tam wiem... Ponadto widziałam plakat "Ostatni lot Tupolewa - przeżyj przygodę jakiej nie przeżył nikt! Tylko w wybranych kinach, w wersji 3D!".
A mnie od trzyde pękają moje ślepe oczy. Oraz brzydzę się tych okularów przecieranych suchą ścierką - no tak to sobie niestety wyobrażam...

  I w ogóle co to znaczy, że ponieśli śmierć? Na plecach ją ponieśli? Albo w reklamówce? Albo jak odnieśli obrażenia, to gdzie je odnieśli? One gdzieś wcześniej leżały? Na lodówce? W bibliotece? No taka jestem zagubiona czasami, że naprawdę. Nic nie rozumiem.

piątek, 29 lipca 2011

po trzecie: zostawia skarpety tam, gdzie je zdejmuje

  To znaczy mnie się wydaje, że jak ktoś już słucha, to nie powinien tłuc fkomputer z nieprzytomnym wejrzeniem. Bo ja jak słucham (albo udaję) to przynajmniej staram się rzucić okiem co jakiś czas, co by mówiącemu przyjemność sprawić zainteresowaniem (lub udaniem nawet). Albo zaraz na początku opowieści oznajmiam, że mamtowdupie i nadziei nie robię. I tegoż wymagam, choćby mruknięcia jakiegoś potwierdzającego, lub nie, że słyszy. Jak opowiadam o tym jaki cudowny podkład nabyłam i że dwudziestoprocentowa witamina C w tym kremie to...

  No i nie wiem, nie wiem jak to rozwiązać. Liczę, że obyczajowy poradnik "Jak nie zabiłam męża(...)" pomoże mi podjąć jakieś konstruktywne decyzję. Jednak gdy podczas dziewiczego kartkowania trafiłam na mydlący oczy fragment o orgazmach, to jakby lekko straciłam nadzieję.

po drugie: nocne pobojowisko

   Codziennie (no prawie, nie demonizujmy!) około północy rozlega się tuż obok, dosłownie metr może, znajome piknięcie i telewizor budzi się do życia. Znaczy do umierania, bo już po chwili, na środku ekranu, dostrzec możemy taki eee... celownik... ee...

- z czego teraz strzelasz? - pytam, bo nie wiem, bo skąd mam wiedzieć?
- z ump45, czołg taki... - mruczy osobnik na stanowisku dowodzenia, wyposażony w wyposażenie i wskazując na mikrofon daje znać, żebym była czujna i oszczędna w słowach, gdyż współtowarzysze broni słyszą wszystko co dzieje się w naszym_pozawojennym_świecie
- uhm... - kiwam ze zrozumieniem i chociaż nie wiem czy dobrze usłyszałam, to nie ośmielam się pytać ponownie, bo przecież wiadomo czym może zakończyć się rozproszenie walczącego.

... dostrzec możemy celownik czołgu takiego i wiele śmigających w powietrzu cząstek ciał, pojazdów i budynków. Albo nie wiem czego, bo chyba aż tak się przyjrzałam, bo wzrok mi ciężko skupić. O, teraz helikopter spadł, no proszę, jak w filmie normalnie, bo taka grafa...


    Wczoraj na ten przykład wojna skończyła się o 2:55. Strasznie długa ta wojna, jezu. Nie wiem czy chciałoby mi się być na wojnie do aż takiej nocy. Zaraz bym zasnęła, albowiem przedkładam spanie nad niespanie, zdecydowanie, albo by mi oczy pękły od wypatrywania wrogów.

   A stąd wiem, że tak późno, bo szłam siku i słyszałam jak się kończyła piknięciem kończącym. Bo ja zawsze łażę siku w nocy, bo mam pęcherz o pojemności 100ml, a zjadłam pół arbuza. Zastanawiam się nad założeniem docelowo cewnika, bo trochę nie opłaca mi się kłaść spać, bo zaraz muszę wstać i iść. I co mi z tego, że sikam śpiąc, gdy jakoś tak przebudzam się idąc. A może po prostu nie opłaca mi się pić?... Ale przecież w sumie to nie piję, tylko jem arbuzy z Lidla siedmiokilowe. A zimą mandaryny na tony. Więc doprawdy nie wiem jak to rozwiązać...

   A ciekawe jak sikają na wojnie? Jakiejśtam bylejakiej żywej takiej. Bo raczej nie mają chyba czasu zbytnio szarpać się z tymi portkami poobwieszanymi pasami zbrojnymi i innymi karabinami pod pachą? Sama nie wiem co o tym myśleć...

czwartek, 28 lipca 2011

po pierwsze: bo mi kazano

- ona ma dzisiaj niepohamowany ślinotok, nie uważasz? - zapytała eL.
- nic nowego - rzekła eM. - kazałam jej założyć bloga
- ale u mnie nic się nie dzieje! o czym mam pisać? - zdziwiłam się ja
- a może o tym, że zachlapałaś sukienkę niebieską pastą do zębów?...

  Tak, zachlapałam. Bo zachlapuję wszystko i siebie dookoła. Nie nie, nie na odwrót. Bo podłogi herbatą nie zachlapuję przecież dookoła, a siebie owszem. Nawet na plecy udaje mi się wylać. Swoje.
 
  Umiem również iść i się potknąć na płaściutkiej podłodze. Albo spaść z klapka - nawet z centymetrowej podeszwy. Umiem stojąc stracić równowagę (?!) ("ale ty gamoń jesteś, matko...").
  
  Umiem też ubrać wyżej wspomnianą białą sukienusię ("wyglądasz jak rusałka... o, i cycek ci wystaje!") i myjąc zęby chlapnąć sobie granatową pastą Kolgejt na sam środek organizmu odzianego w połać bieluśkiej bieli. Bo ja nie mam pojemności w ustach i gdy myję zęby to mi się ulewa, gdyż mam ślinotok. Wtedy też spływa mi, wraz z rzeczoną śliną i pastą, podkład z brodowej części makijażu. Gdyż ja to się najpierw maluję, następnie do oka dobieram ciuch, a następnię myję zęby. Czasem oczywiście się zapomnę i w ferworze porannej walki zęby umyję przed mejkapem, ale to rzaaadko...
 
  Ślinotok mam też gdy ogniście opowiadam. Ale to już taki z atomizerem, no ale nie mam tego sama, więc się nie martwię. eM. myślała, że to od żucia gumy, ale wytłumaczyłam jej, że to starość. Na co eL. odrzekła, że w takim razie ona to już jest baaardzo stara, gdyż ma to od baaardzo dawna. Nie omieszkałyśmy nie zaprzeczyć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...